Biuro Prasowe
TVN I DISCOVERY POLSKA

tel. (+48) 22 856 60 60    fax. (+48) 22 856 64 95

Informacje prasowe

Do pobrania
więcej »
Kontakt
Kontakt dla widzów
e-mail: widzowie@tvn.pl
tel. (+48) 22 856 61 61
Biuro Prasowe
e-mail: press@tvn.pl

tel. (+48) 22 856 60 60
fax. (+48) 22 859 65 94
RSS

Energiczna Kasia Bosacka w wywiadzie dla iTVN

Data publikacji: 3 grudnia 2012 Data aktualizacji: 13 grudnia 2012 RSS

Katarzyna Bosacka: Biegiem przez życie

Stuprocentowa mama i pełnoetatowa dziennikarka. Pisze książki i artykuły, ma swój program w telewizji, a w międzyczasie gotuje obiady i robi dzieciom kanapki do szkoły. Jak ona to robi? – Chyba mam jakieś ADHD – tłumaczy ze śmiechem i coś w tym jest. O tym, skąd ma w sobie tyle energii, co lubi jeść, jak udało jej się schudnąć 12 kg i dlaczego nie znosi leżeć na plaży – opowiada Katarzyna Bosacka, autorka i prowadząca programu „Wiem, co jem”.

Czy zawsze wiesz, co jesz?

Nie znam perfekcyjnie wszystkich produktów, ale odkąd zaczęłam zajmować się żywnością, zanim coś włożę do dzioba, zastanawiam się, czy to jest zdrowe. Dużo czytam na ten temat i na przykład ostatnio dowiedziałam się, że jedzenie może powodować aż osiemdziesiąt różnych chorób, w tym również nowotwory. W dzisiejszych czasach rzadko to sobie uświadamiamy, ale to trzeba powiedzieć:  jedzenie może być wielką przyjemnością, ale może nas również zabijać.

Oglądając twój program „Wiem, co jem” można dojść do wniosku, że generalnie jakość jedzenia jest fatalna, a producenci żywności bardzo często po prostu robią nas w konia.

Tak się zdarza, ale z drugiej strony jest też cała masa dobrych producentów. I ten program jest po to, żeby wejść do sklepu, nawet osiedlowego czy dyskontu i tam przy półce dokonać lepszego wyboru. W każdym sklepie są lepsze i gorsze produkty, tyle, że czasem te o lepszym składzie są ukryte gdzieś na dolnej półce. Jeżeli dobrze wybierzemy, to po pierwsze: będziemy zdrowsi, a po drugie: wesprzemy producentów, którzy nie oszukują.

Tyle, że więcej wydamy…

Wcale nie. Często okazuje się, że lepsze produkty są tańsze, na przykład płatki owsiane górskie - najlepsza rzecz na świecie. Te niepozorne, ale bardzo zdrowe płatki kosztują może 2 zł za kg, podczas, gdy słodkie, przetworzone płatki, zabójcze dla naszych dzieci potrafią kosztować i 35 zł za kg! Tylko dlatego, że są sprzedawane pod znaną marką i reklamowane w mediach.

Skąd wziął się pomysł na „Wiem, co jem”?

To jest bardzo długa historia. Muszę zacząć od tego, że mam w domu trójkę dzieci, męża, a do tego dwie świnki morskie, psa i muszę całe to towarzystwo wykarmić. Taka jest moja rola, którą bardzo lubię, bo ja w ogóle uwielbiam gotować, piec i siedzieć w kuchni. Kiedy pięć lat temu pojechaliśmy do Stanów - mąż jako korespondent „Gazety Wyborczej”, a ja jako dziennikarka „Wysokich Obcasów” - byliśmy zapraszani przez naszych sąsiadów Amerykanów, wykształconych i dobrze sytuowanych, na przykład na klasyczne amerykańskie barbecue. Włos mi się na głowie jeżył, kiedy widziałam, co oni nam podawali - hamburgery z paczki, pikle ze słoiczka, hot dogi z mrożonek. Zawsze im wtedy mówiłam, że muszą przyjechać do Polski i zobaczyć, jak się u nas je. Ale kiedy przyjeżdżałam do Polski na wakacje, to okazywało się, że to nasze polskie jedzenie nie do końca jest takie fajne, no bo chleb mi się rozpadał, szynka zaczynała puszczać wodę, a kiełbasa po dwóch dniach była niejadalna. Pomyślałam sobie wtedy, że skoro jesteśmy krajem słynącym z dobrej kuchni, coś trzeba z tym zrobić.

Najpierw był pomysł na książkę – chciałam napisać przewodnik po jedzeniu, taki jak przewodniki turystyczne po Litwie czy Warszawie. Zaprosiłam do współpracy panią profesor Małgorzatę Kozłowską-Wojciechowską i tak powstała książka „Czy wiesz, co jesz”, która się okazała mega-hitem. Program dla TVN Style powstał na jej podstawie. Tak to się zaczęło. Do tej pory zrobiliśmy chyba 80 odcinków. Już nawet nie pamiętam, ile dokładnie.

Jesteś nie tylko prowadzącą, ale też autorką wszystkich scenariuszy. Ciężko ci znajdować kolejne tematy?

Oj nie. Ja trochę jestem jak kipiące mleko, energia mnie rozsadza, w głowie kipi od pomysłów. To widać też w tych „przebierankach”, które mamy w programie. Gdybym była zwyczajną prowadzącą, to po prostu zanudziłabym się na śmierć, a ekipa razem ze mną.

No właśnie, w każdym odcinku programu wcielasz się w inną, zazwyczaj bardzo charakterystyczną postać. Zastanawiam się, czy ty się przypadkiem nie minęłaś z powołaniem.

Zawsze brałam udział w jakichś szkolnych kabaretach, a tak w ogóle to zdawałam kiedyś do szkoły aktorskiej.

Naprawdę?

Razem ze mną zdawał też Piotr Adamczyk - pamiętam go, ponieważ byliśmy w jednej grupie podczas przesłuchań. Niby miałam jakieś szanse, powiedzieli mi, że muszę zrobić operację przegrody nosowej i przyjść za rok. Ale mi się nie chciało, bo zaraz zdałam na polonistykę i tam zostałam. Teraz jednak te doświadczenia aktorskie mi się przydają.

Role, które masz do zagrania w swoim programie nie są wielkie, ale wymagają odwagi…

Mam ogromny dystans do siebie, nie robiłabym tych „przebieranek”, gdybym go nie miała. Trzeba mieć poczucie humoru, żeby przebrać się za łysego faceta z wąsem i z brzuchem. Wiem, że wielu osobom się to nie podoba, ale takie elementy są, moim zdaniem, niezbędne. Ten program jest tak bardzo naładowany wiedzą, że gdyby nie było w nim niczego lekkiego, to nie dałoby się go oglądać.

Jakie sygnały dostajesz od widzów?

Reakcje są dwie: albo ludzie mi mówią: „Pani Bosacka, ja przez panią to już mam tylko światło w lodówce i nic nie jem” albo: „Pani Kasiu, jak to dobrze, że jest ten program, bo dopiero pani mi odtworzyła oczy, że jogurt, który jadłam do tej pory, jest czystą żywą chemią”. Mam bardzo dużo takich reakcji i to jest strasznie fajne. Oczywiście, nie mogę powiedzieć, że są wyłącznie dobre opinie na temat programu. Najwięcej kontrowersji budzą właśnie „przebieranki”. Słyszę, że ludzie tego nie lubią, bo to jest infantylne, dla przedszkolaków. Niektórym nie podoba się też, że poważna pani profesor nazywa się w programie Profesor Zdrówko. Ale mam argumenty „za”, bo po pierwsze: pani profesor ma bardzo długie imię i nazwisko - Małgorzata Kozłowska-Wojciechowska i trudno je przywoływać za każdym razem. A po drugie: bardzo dużo dzieci ogląda nasz program i to do nich trafia. One chłoną tę wiedzę i potem słyszę na przykład w supermarkecie: „Babciu, babciu, to jest ta pani, która mówiła, żeby nie kupować tych płatków, bo są za słodkie”. Czy to nie jest kapitalne? Wtedy myślę sobie, że ciężka praca zespołu nie idzie na marne.

A’propos dzieci. Jesteś mamą trójki. Udaje ci się wychowywać je bez chipsów, coli i McDonald’sa?

Jak się zdarzy jakaś impreza i dzieci proszą o paczkę chipsów, to im kupujemy, ale takich produktów nie ma w domu na co dzień. Ja od zawsze gotuję, podobno smacznie, więc dzieciaki nie chcą chodzić do fastfoodowni, wręcz protestują. Wolą Chińczyka czy dobry kebab. Poza tym sami z mężem staramy się dawać im dobry przykład - to jest bardzo ważne. Bo jeśli rodzic pije napoje energetyczne, fajkę od fajki odpala i je fast foody, to dziecko będzie jadło tak samo. My staramy się jeść regularnie i zdrowo, a ja dodatkowo wstaję codziennie 20 minut wcześniej i każdemu dziecku przygotowuję drugie śniadanie do szkoły.

Czy to, że masz w sobie tak dużo energii to efekt zdrowego żywienia?

Nie wiem, chyba raczej charakteru (śmiech). Taka się urodziłam. Może mam jakieś ADHD? Nie potrafię na przykład nic nie robić, ciągle muszę mieć jakieś zajęcie, ja się nieustannie krzątam. Największą katorgą jest dla mnie leżenie na plaży.

A co najbardziej lubisz jeść? Gdybyś sobie mogła pozwolić na wszystko…

Najbardziej to lubię frytki (śmiech). Ja je po prostu kocham i uwielbiam, ale niestety nie mogę ich jadać z wielu powodów. Po pierwsze: są potwornie tuczące, a ja mam skłonności do tycia, oj mam, a po drugie: nie są zdrowe. Lubię też słodycze, chociaż od kiedy jestem na diecie, jem bardzo dużo produktów pełnoziarnistych, które są bogate w te dobre węglowodany i muszę powiedzieć, że „napady” na słodycze zniknęły.

Pamiętasz, ile razy się odchudzałaś?

Tysiące, miliony, bzdyliony. Udało mi się w końcu dzięki dietetyczce Ani Lewitt i Dzień Dobry TVN. Pani doktor ustawiła mi dietę z normalnych produktów, czyli na przykład ogórków kiszonych, kasz, indyka, białego sera, bez żadnych udziwnień typu surowa ryba, awokado i sok z limonki. Ja jestem zwykłą kobietą, tak siebie widzę, woda sodowa mi nie odbiła z tego powodu, że pracuję w telewizji. Dlatego zawsze myślałam, że cokolwiek prezentuję, to musi to być takie, żeby przeciętna Polka usiadła w fotelu i powiedziała: „Kurczę, mogę to zrobić”. Dieta, którą proponowałam i stosowałam w „Dzień Dobry TVN” kosztowała od 5 do 7 zł dziennie w zależności od produktów.

Ta dieta była elementem „Projektu 38” pokazywanego w „Dzień Dobry TVN”. Po 3 miesiącach miałaś mieć rozmiar 38 i 15 kg mniej. Czy to się udało?

Nie do końca. Udało mi się schudnąć 12 kg i zejść do rozmiaru między 38 a 40. Ale jestem z siebie bardzo dumna i myślę, że to jest, mimo wszystko, sukces. 12 kg w trzy miesiące to jest dobry wynik, tym bardziej, że ja nie miałam dwudziestu lat, tylko prawie czterdzieści.

Było ciężko?

Jeśli masz takie priorytety: najpierw dom, rodzina i dzieci, potem twoja praca, a potem dopiero ty, no bo tak to wygląda mniej-więcej w moim przypadku, to jest ciężko. Mój mąż jest rzecznikiem MSZ i dużo pracuje. Trzeba dzieci odebrać ze szkoły, zrobić zakupy, kolację, przygotować do szkoły. Jak tu być celebrytką? Podziwiam moje koleżanki z show-biznesu, które wyelegantowane na wysokich obcasach obskakują trzy imprezy dziennie, a potem dziwią się, że na portalach plotkarskich o nich aż huczy. Ja nie mam czasu na lans, zresztą cała ta małpiarnia mnie śmiertelnie nudzi. Wieczorem jestem zmęczona, bo przecież sporo pracuję, także na planie zdjęciowym - jak nie kręcimy czegoś do „Dzień Dobry TVN” to do „Wiem, co jem”. Dlatego było ciężko, bo czas na ćwiczenia miałam tylko wcześnie rano. Musiałam wstawać o 5:00 i o 5:30 być na siłowni, żeby móc godzinę ćwiczyć. Bez ćwiczeń ta dieta by się zupełnie nie udała, w moim wieku na pewno nie.

Jak jeść, żeby być zdrowym i mieć dużo energii, a nie dodatkowych kilogramów?

Nauczyła mnie tego pani doktor Lewitt. Trzeba jeść pięć niezbyt wielkich posiłków dziennie, łatwo to zapamiętać: pięć posiłków jak pięć palców. Jeden posiłek zjadamy mniej-więcej co trzy godziny i powinny w nim być trzy garstki, czyli grupy produktów: białkowa, węglowodanowa i warzywno-owocowa. Garstka białkowa to chudy nabiał, mięsa, ryby, jaja. Węglowodanowa to tylko pełne ziarno, na przykład kasze czy ciemny ryż. Można więc jeść prawie wszystko, oprócz cukru – jego nie można jeść wcale, zero, null! – i uważając na tłuszcz. Po miesiącu zmienia nam się przemiana materii i znika apetyt na słodycze. To działa.

Porozmawiajmy jeszcze o Stanach Zjednoczonych, gdzie spędziłaś trzy lata. Co sądzisz o tym, jak odżywiają się Amerykanie?

Stany są bardzo różne, mają 310 milionów ludzi. Na zachodnim wybrzeżu je się po prostu cudownie. Kalifornia ma wspaniałą kuchnię, jedną z najlepszych na świecie. Na wschodnim wybrzeżu jest pod tym względem trochę gorzej. Rewelacyjna kuchnia jest we wszystkich wielkich miastach, na przykład w Nowym Jorku, gdzie swoje restauracje mają najlepsi szefowie kuchni. Tam, gdzie ja mieszkałam, w okolicach Waszyngtonu było różnie. Oczywiście w całych Stanach bardzo popularne są fast foody. Niestety, w szkołach też.

Napisałaś kiedyś tekst o amerykańskich szkolnych stołówkach. Tytuł mówił sam za siebie „Dzieci jedzą śmieci”.

Mój syn po prostu nie chciał jeść tego żarcia. W amerykańskiej szkole nie ma normalnej kuchni – zamiast niej jest pomieszczenie, które wygląda jak laboratorium chemiczne. Nikt tam niczego nie sieka, nie kroi, nie próbuje, nie smakuje, nie gotuje. Wszystko przyjeżdża zamrożone i w wielkich brytfannach wjeżdża do wielkich szaf, które są po prostu odgrzewarkami. Bardzo często te produkty, typu gotowe frytki czy kurczaki w panierce, zapewniają sieci fast foodowe. Szkoły chętnie z tego korzystają, bo takie rozwiązanie jest tanie i nie wymaga dużego personelu. Mnie to przeraża. Myślę, że jedzenie w szkolnych stołówkach jest wyznacznikiem tego, w jaki sposób żywi się naród. Kuchnia amerykańskiej klasy średniej to przeważnie barbecue, hamburgery, hot dogi. Na zasadzie: nieważne co, byle zapchać żołądek. Aż 60 procent społeczeństwa w Stanach nie gotuje w ogóle i nie umie tego robić. To jest bardzo smutne, bo pokolenie niegotujących rodziców wychowuje pokolenie niegotujących dzieci. A w momencie, kiedy nie gotujemy, jesteśmy zdani wyłącznie na żywność przemysłową.

Czy Polonia wyróżnia się na tym tle?

Poznałam naprawdę dużą grupę Polek i one wyróżniały się pod każdym względem. Najczęściej miały mężów Amerykanów i ci mężowie byli nimi zachwyceni, bo Polka jest po pierwsze: zadbana, po drugie: ugotować potrafi, po trzecie: dba o dom. My takie po prostu jesteśmy. A kiedy spotykałam się z Amerykankami to często widziałam trzymiesięczny odrost na głowie i rozciągnięty tiszert, a przecież nie pracowały, miały panie do sprzątania i ogrodników. Różnica była gigantyczna.

USA to kraj zupełnie inny od Polski, nie tylko pod względem kuchni. Dobrze się tam czułaś?

Kocham Stany Zjednoczone i chętnie bym tam wróciła. Uwielbiam Amerykanów za ich kreatywność, poczucie humoru, dystans. Poza tym, tam się dużo łatwiej żyje, na przykład, żeby kupić córce baletki nie musisz jeździć Bóg wie gdzie, bo w najbliższym sklepie, w swoim miasteczku kupisz kompletny strój do zajęć tanecznych.

Czy coś cię tam szokowało?

Na przykład to, że ludzie są tak nadzwyczajnie uprzejmi. Widząc cię, już z daleka krzyczą: „Hallo, how are you?” Wszyscy sąsiedzi mówią „dzień dobry”, wszyscy sprzątają kupy po psach, wszyscy koszą swoje trawniki. Wszędzie są niesamowicie czyste, ogólnodostępne i bezpłatne toalety. Szokowało mnie, że dzieci są mile widziane w kościele, w urzędzie, gdziekolwiek, a jest ich w Stanach mnóstwo. Rodzina z trójką to standard. Niesamowite jest też, że Amerykanie biorą w swoje ręce odpowiedzialność za wszystko: za szkołę, za kościół, za swoje sąsiedztwo i ustalają wszędzie reguły funkcjonowania. Na przykład w moim sąsiedztwie nie wolno było wieszać prania na dworze. Chodziło o to, żeby przed domem nie wisiały gacie. Z tyłu mogłam wieszać, ale tylko do godziny 15.

Podczas pobytu w USA miałaś okazję przeprowadzić wywiad z guru amerykańskiego dziennikarstwa Barbarą Walters. Powiedziała Ci, że musisz robić to, co kochasz. To Ci się udaje?

Zdecydowanie tak. Gdybym nie robiła tego, co kocham, to nie wiem - chyba w łeb bym sobie strzeliła. Zupełnie sobie tego nie wyobrażam. W ogóle jestem szczęściarą w czepku urodzoną, a poza tym staram się budować wokół siebie pozytywna atmosferę i zarażać ludzi swoim świrem (śmiech). Przy „Wiem, co jem” pracuje strasznie fajny zespół, super ludzie. Bardzo się cieszę, że mogę robić to, co robię właśnie z nimi.

 

Rozmawiała Marta Fujak (iTVN)

 

NA PROGRAM „WIEM, CO JEM” ZAPRASZAMY W KAŻDĄ ŚRODĘ O GODZINIE 15.50 (CET – BERLIN, PARYŻ), 15.40 (CST –CHICAGO) I 16.40 (EST – NOWY JORK, TORONTO) NA NA ANTENĘ iTVN.

Katarzyna Bosacka – dziennikarka prasowa i telewizyjna, specjalizująca się w tematyce zdrowia, urody, nauki i medycyny. Szefowa działu urody w „Wysokich Obcasach” (dodatek dla kobiet do „Gazety Wyborczej”), współautorka kilku książek (m.in. „Cena urody”, „Czy wiesz, co jesz”). Widzom iTVN znana jako autorka i prowadząca programu „Wiem, co jem”. Prywatnie żona Marcina Bosackiego, rzecznika prasowego MSZ oraz matka trójki dzieci.

Pozostałe informacje

Natalia Hatalska kolejnym gościem specjalnym konferencji tv day

20.03.2019  |
W środę, 27 marca, Biuro Reklamy TVN Media organizuje w Warszawie III edycję konferencji tv day, międzynarodowego wydarzenia poświęconego roli telewizji we współczesnym świecie komunikacji marketingowej. Kolejnym potwierdzonym gościem specjalnym jest jedna z najbardziej uznanych i wpływowych analityków trendów na polskim rynku – Natalia Hatalska. więcej

Królewskie śniadanie dla Magdy Gessler w 4. odcinku „MasterChef Junior”

20.03.2019  |
W czwartym odcinku programu „MasterChef Junior” pojawi się królowa polskiej gastronomii, czyli Magda Gessler. Restauratorka oceni wykwintne śniadania przygotowane specjalnie na jej przyjazd. Kto z młodych kucharzy poradzi sobie najlepiej? więcej

NA WSPÓLNEJ: Paweł błaga Beatę, żeby nie oddawała synka!

19.03.2019  |
Dziś Beata w USC ma podpisać dokument o ojcostwie Maślikowskiego. To będzie jej ostatnie pożegnanie ze swoim maleńkim synkiem… Tymczasem pojawia się Paweł - przeprasza i błaga, żeby nie oddawała dziecka! Uświadamia Beacie, że każdy ma coś na sumieniu, ale… każdy może się przecież zmienić! Mężczyzna daje Beacie do zrozumienia, iż doskonale wie, że to przez niego zdecydowała się na krok, którego może żałować do końca życia… Czy Beata jednak nie odda synka?! więcej
12345 ...543 Następne
Przejdź do:/543